Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura polska. Pokaż wszystkie posty

2013-10-13

"Blaski życia i cienie. Jednocześnie"

Felietony Katarzyny Miller "Blaski życia" sprawiły, że znowu nabrałam siły i ochoty, aby napisać na blogu posta.
Autorkę znam z artykułów oraz także felietonów w Zwierciadle. Lekkie pióro, trafność spostrzeżeń i luz w podchodzeniu do życia właśnie sprawiają, że zawsze chętnie czytam jej każdą wypowiedź w tym czasopiśmie.
Tym razem "recenzja" skupi się na cytatach z książki. Takich, które najbardziej mi zapadły w pamięć i które uważam za tzw. "złote myśli"

"Nie ma zdrowia bez choroby. Blaski życia i cienie. Jednocześnie"

"Człowiek ma wobec siebie obowiązek - co jakiś czas dostarczyć sobie czas bez obowiązków. 
Dla higieny psychicznej i fizycznej"

"Pamiętajcie, nie ma nic złego w byciu potrzebną innym, ale najpierw potrzebni jesteśmy sobie"

"Boże, użycz nam pogody ducha, byśmy znosili to, czego zmienić nie możemy, odwagi, abyśmy zmieniali to, co zmienić możemy, i mądrości, abyśmy odróżniali jedno od drugiego"

Katarzyna Miller "Blaski życia"

2011-07-21

Nieoczekiwana zmiana

Teresa Anna Aleksandrowicz: Cudowne życie Staśka 
i innych aniołów 

Notka o autorce (z okładki): Teresa Anna Aleksandrowicz (ur.1946). Od 26 lat mieszka w Niemczech. Pracuje jako pielęgniarka nocna. Fascynacje jej życia to rodzina, literatura, malarstwo (maluje obrazy), muzyka, ludzie i własny ogródek. Laureatka Konkursu Literackiego Uniwersytetu Gdańskiego na Prozę.




"Cudowne życie Staśka i innych aniołów" to przewrotny tytuł.  Zanim zaczęłam czytać, myślałam, że w książce będzie dużo magii, metafizyki, światów nierealnych i nie wiadomo, czego jeszcze. A tu proszę: trzy wesołe staruszki.
Natalia, Wanda i Marysia to wieloletnie przyjaciółki. każda o innym temperamencie: Natalia- domowniczka, żyjąca w świecie książek i muzyki; Wanda- wiecznie wyszukująca u siebie choroby wdowa; Marysia- "wolontariuszka", spełniająca się w gotowaniu dla marginesu społecznego.  Stasiek to ich jakby podopieczny, którego życie nie rozpieszczało. Poniekąd wychowanek Natalii. Wszystkie trzy panie pomagają mu finansowo oraz dokarmiają. A skąd anioły w tytule? Żeby wiele nie zdradzić- anioły są jak najbardziej ludzkie. W życiu Natalii przypadkiem pojawia się znany pianista Jerzy oraz jego ojciec, Michał. Między dwoma staruszkami (tak, tak, osiemdziesiątka na karku) pojawia się uczucie, które zaskakuje ich samych, a także najbliższe otoczenie. Jeszcze dochodzi wątek niespodziewanego bogactwa. Ot, i historia gotowa...
Powieść jest pełna humoru, dowcipnych dialogów, a także myślowych monologów. Główne bohaterki pomimo podeszłego wieku mają młode serca.  Teresa Aleksandrowicz stworzyła opowieść zabawną, i choć pewne elementy książki można z góry przewidzieć, czyta się jednym tchem.
Brakowało mi tylko rozwinięcia wątku Staśka oraz związków jego matki z Natalią. Także pewna tajemnica Michała z przeszłości, mogłaby być w książce bardziej rozbudowana.  Lektura jest przyjemna, relaksująca, w sam raz na czytanie na urlopie. Miło sobie uświadomić, że szczęście można znaleźć niezależnie od wieku i że przepowiednie się spełniają.

(Egzemplarz recenzencki, otrzymany dzięki uprzejmości Wydawnictwa Prószyński i S-ka)



Teresa Maria Aleksandrowicz, Cudowne życie Staśka i innych aniołów, Prószyński i S-ka, 2011, ss. 432

2011-06-21

Popołudnie wśród wspomnień

Jolanta Kwiatkowska: Rozsypane wspomnienia 

Zaczytałam się. Korzystając z wolnego popołudnia zaszyłam się z kawą na balkonie oraz z najnowszą powieścią Jolanty Kwiatkowskiej "Rozsypane wspomnienia".  Dzisiaj książka dotarła do mnie i dzisiaj została przeczytana. Co ja piszę, "połknięta" w ciągu letniego późnego popołudnia.
Niełatwe rodzinne układy i koligacje.  Powieść rozpoczyna się niezbyt przyjemnie: jedna z kilku głównych postaci, Ela leczy rany po zmarłym mężu. Później następują retrospekcje. Małgosia i Piotr- małżeństwo znające się od dziecka, ich córka,  przyjaciółka Małgosi- Krystyna i znajoma z pracy Piotra- Dorota. Autorka znakomicie przeskakuje w czasie, wspomnienia z lat dzieciństwa oraz całego życia Małgorzaty zręcznie przeplata z akcją dziejącą się współcześnie. Temat podjęty w powieści jest mi znany z literatury, nie z życia, choć podejrzewam, że sytuacje opisane w książce mogłyby zdarzyć się naprawdę. Nieletnia ciąża, nieprawdziwa matka,  choroba psychiczna i dramat dzieci. Trochę jednakże denerwowała mnie bierność Małgorzaty, wynikająca wprawdzie z troski o jedyne dziecko, jednakże zastanawiałam się, czy dałabym radę tak postąpić jak ona. Małgorzata spisuje wspomnienia. Na nich oparta jest cała opowieść.  Nie wiem, czy tak jak Małgorzata i Piotr zdołałabym dochować tajemnicy. 
Powieść czyta się świetnie. Język nie męczy. Plus dla autorki za znakomity styl, umiejętność przeplatania przeszłości z teraźniejszością.
"Rozsypane wspomnienia" Jolanty Kwiatkowskiej skłaniają do myślenie o kolejach ludzkiego życia. O tym, jaki świat jest mały. Nigdy nie wiesz, kiedy i kto wpłynie na dalszy Twój los. Wspomnienia Małgorzaty są rzeczywiście rozsypane, nie do końca dające się poskładać w całość.


(Egzemplarz recenzencki, otrzymany dzięki uprzejmości Wydawnictwa MG)
Wydawnictwo MG

Jolanta Kwiatkowska, Rozsypane wspomnienia, , Wydawnictwo MG, 2011, ss. 277

2011-06-19

Balsam dla duszy czytelnika.

Maria Rodziewiczówna: Klejnot 

Notka o autorce: Maria Rodziewiczówna(1864-1944), pisarka. Większość życia spędziła na Polesiu, w Hruszowej, zarządzając rodzinnym majątkiem. Pracowała na gospodarstwie oraz zajmowała się pisaniem.  Mieszkając w Hruszowej w latach 1881-1939 napisała 36 powieści. Ciekawostka: obcięła wtedy za zezwoleniem matki, włosy na krótko. Od 1905 r. prowadziła także aktywną działalność społeczną. W biografii Jana Głuszeni "Strażniczka kresowych stanic" czytamy o Rodziewiczównej: "Gospodarstwo zajmowało mi całe dnie- pisane całe noce- zakopałam się w ziemi jak kret- w książkach jak mól(...)".  Z Hruszowej została wysiedlona w 1939 r. Ostatnie lata życia spędziła w Warszawie w bardzo ciężkich warunkach materialnych.  Zmarła w leśniczówce w Leonowie na zapalenie płuc. Została pochowana w Żelaznej. W 1948 r. zwłoki Marii Rodziewiczównej zostały przeniesione na warszawskie Powązki.
(źródło: okładka, Wikipedia)


Z powieści Marii Rodziewiczównej znane mi były wcześniej tylko "Między ustami a brzegiem pucharu" oraz "Lato leśnych ludzi". Wykorzystałam niejako okazję do zapoznania się z kolejną książką "Klejnot".
Życie na Polesiu, na Kresach Rzeczypospolitej było niełatwe. Podupadające gospodarstwa, długi i kredyty właścicieli. I walka o ziemię, o ten klejnot najdroższy sercu. Rodziewiczówna ukazuje dzieje jednego takiego polskiego rodu. Przyjaźń dziedzica Seweryna Sokolnickiego ze swoim zarządcą, Szymonem Łabędzkim jest "na śmierć i życie", lojalna i prawdziwa. Nieustanna walka o przetrwanie, o przeżycie wręcz uderza w książce. I ta duma- nie pozwalająca najpierw dziedzicowi ożenić się z bogatą panną. Barwny świat chłopów białoruskich, którymi zarządza "baba- Wilczyca", biedna właścicielka innego majątku- Barbara,  oraz Nika- bogata dziedziczka to kanwa opowieści. Poza tym- wiejski znachor, wuj- sknera oraz miejscowy przestępca dopełniają całości. Wszystko czyta się lekko, pomimo trochę już dzisiaj archaicznego języka, do którego jednak w trakcie zagłębiania się w treść można się bardzo szybko przyzwyczaić. Zanim zabrałam się za czytanie, zastanawiałam się, cóż to takiego ten "klejnot"? Czyżby jakiś rodzinny skarb? Chyba to wynikło z mojej nieznajomości twórczości Rodziewiczównej. Klejnotem jest ziemia, majątek, tradycja. Ukochanie wręcz miejsca, w którym się mieszka. Dodałabym jeszcze: klejnotem jest duma ludzi, upartość i pracowitość. 
Zachęcam do sięgnięcia po książki Rodziewiczównej. To taka inna literatura, przypominająca dawne polskie losy, czasy, kiedy Kresy Wschodnie były częścią Polski. Balsam dla duszy czytelnika.

(Egzemplarz recenzencki, otrzymany dzięki uprzejmości Wydawnictwa MG)
Wydawnictwo MG

Maria Rodziewiczówna, Klejnot, , Wydawnictwo MG, 2011, ss. 296

2011-06-11

Nie ma jak Lwów?

Marek Krajewski: Liczby Charona 

Notka o autorze:  Marek Krajewski, ur.1966 r. Pisarz, filolog klasyczny. Były wykładowca 
Uniwersytetu Wrocławskiego. Autor powieści kryminalnych (serie: o Eberhardzie Mocku, Jarosławie Paterze i Edwardzie Popielskim). Debiutował w 1999 roku "Śmiercią w Breslau". Jego książki zostały przetłumaczone na 18 języków. Zdobywca m.in Paszportu Polityki (2005 r.), Nagrody Wielkiego Kalibru(2003r.- dla najlepszej powieści kryminalnej). Ambasador Wrocławia (2008 r.- za wkład w promowanie miasta: cykl o Eberhardzie Mocku). Od 2007 r. zajmuje się zawodowo pisaniem książek.
(źródło: okładka, Wikipedia)


Charon- mitologiczny przewoźnik dusz do Hadesu przez rzekę Styks. Oszukany przez Orfeusza muzyką przepuścił go, pomimo, iż ten był żywym człowiekiem.  Jednakże co tu ma do rzeczy liczba, czy nawet liczby? Odpowiedzi udziela jeden z bohaterów: "W istocie liczbą można opisać muzyczne interwały. Tonacja zależy od liczby. Tonacja, a zatem muzyka, według Pitagorasa jest po prostu liczbą"
W istocie w najnowszej powieści Marka Krajewskiego "Liczby Charona" sprawa liczb jest o wiele bardziej zagmatwana. Książka stanowi drugą część cyklu o detektywie Edwardzie Popielskim. Akcja dzieje się w przedwojennym Lwowie.  
Miałam już jedno podejście do twórczości Marka Krajewskiego. Podjęłam się czytania jednej z jego pierwszych książek o Wrocławiu. Niestety, postać Eberharda Mocka w żaden sposób nie wzbudziła mojej sympatii. Z pewnym wahaniem sięgnęłam więc po nowy cykl autora. I tu niespodzianka: Edward Popielski to śledczy nie wzbudzający negatywnych uczuć.
Trochę przeraziła mnie okładka. Zapowiadała brutalne i krwawe opisy morderstw, patologicznych bohaterów, sceny mrożące krew w żyłach. Nie ma tego w tak dużej dawce w powieści. Mam wrażenie, że skupiamy się tutaj nie tyle na matematyce, ile na filozofii i językoznawstwie. Docieranie do sedna sprawy, rozwiązanie zagadki zakodowanej w hebrajskim piśmie zajmuje więcej miejsca, niż analiza psychiki mordercy. Spójny podział na trzy części, osobiste perypetie komisarza, wreszcie odpowiednie, jak na powieść kjryminalną przystało, rozwiązanie wciągają bez reszty. Lwów 1929 r.  ukazany jest z poziomu spelunek, biedniejszych warstw społeczeństwa i wykolejeńców życiowych. Niezbyt przyjemne miasto i ludzie.  Komisarz Popielski został zwolniony z policji. Zajmuje się korepetycjami z matematyki i łaciny. Prośba byłej uczennicy powoduje lawinę zdarzeń, które prowadza w końcu do prowadzenia śledztwa w sprawie dwóch morderstw. Każde z nich zakodowane jest tajemniczym hebrajskim szyfrem. Wszystko to podane jest w bardzo lekki literacko sposób. Nawet zawiłe wyjaśnienia matematyczne nie przeszkadzają, byłam pełna podziwu dla wiedzy  autora. Tytułowe "Liczby Charona" stanowią klucz do zagadki.
Powieść zadziwia wręcz matematyczną przejrzystością stylu. Układanka splata się w całość, poszczególne wydarzenia łączą się z kolejnymi. Edward Popielski precyzyjnie zmierza do rozwiązania kodu liczbowego. Liczby Charona to zagadka ludzkiego losu. Szyfr życia i śmierci. 
"Liczby Charona" będą stanowić mój wstęp do kolejnych powieści Krajewskiego. 

(Egzemplarz recenzencki, otrzymany dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak)

Znak


Marek Krajewski, Liczby Charona, Wydawnictwo Znak, 2011, ss.303

2011-06-09

Bez lukru

Tomasz Białkowski: Teoria ruchów Vorbla 
Notka o autorze: Tomasz Białkowski, ur. 1969 r. w Jezioranach k. Olsztyna. Prozaik, autor sześciu książek. Debiutował w 2001 r. (opowiadanie "Chłód" w czasopiśmie "Portret"). W 2002 r. wydał zbiór opowiadań "Leze", w 2003 r.  opublikował sztukę "Drzewo" ("FA-art" 2003, nr 1-2).  W kolejnych latach napisał: minipowieść "Dłużyzny" (2005 r.), powieści "Pogrzeby" (2006r.), "Mistrzostwo Świata" (2008 r.), "Zmarzlina (2008 r.), za którą otrzymał Literacką Nagrodę Warmii i Mazur "Wawrzyn", przyznawaną przez czytelników. Tomasz Białkowski publikował także w czasopismach, jak "Czas Kultury", "Dekada Literacka", "Opcje", "Pogranicza", "Twórczość". Przy recenzowaniu zbioru opowiadań "Leze" użyty został po raz pierwszy termin Proza Północy.
(źródło: okładka, Wikipedia)


"Teoria ruchów Vorbla" to "literatura z życia wzięta". Przyznam, że wahałam się trochę, czy podjąć się czytania i recenzji. Sam  tytuł jakoś nie zachęcał, okładka ciemna i smutna. Na początku zamieszczony  jest cytat z Myśliwskiego:  "Każdy sen jest znakiem śmierci, nawet gdy śni ci się błogość ukwieconej łąki, słońce na przejrzystym niebie. Śniąc się sam sobie, śnisz się zawsze śmierci swojej. To do jej niepodzielnego świata należy każdy twój sen. Ona tylko pozwala na chwilkę bezwolności w nim. A pycha każe mówić, śniło mi się. Powinno się mówić, śniło się śmierci mojej". 
Tytułowy Vorbl to fizyk. Powieść przedstawia losy jego rodziny. Zagmatwane, ponure i smutne, "bez owijania w bawełnę". Niespełnione ambicje ojca, pogrążanie się w szaleństwo bez snów, nieudane małżeństwo rodziców. Nieumiejętność nawiązania kontaktu Vorbla z własną żoną i dziećmi. Niedopowiedziane słowa, myśli.... Nie-, nie-, nie-...
Dużo tych "nie" się nazbierało. Ale taka właśnie jest ta książka. Smutna, ale jakże prawdziwa. Są takie rodziny, gdzie brak nawiązania porozumienia jest podstawowym problemem. Pomimo tych wielu "nie", akcja jest spójna. Nie gubimy się w rodzinnych koligacjach,  w znajomych i kochankach. Od początku czytania ma się świadomość przegranego życia bohaterów. Nie posiadają (a może nie chcą posiadać?) umiejętności porozumienia się, rozmowy, tzw. "dogadania się". Uciekają od siebie, żyją w zdradzie i zakłamaniu. Odniosłam wrażenie, że pasuje, odpowiada im to nieszczęście własne. Każdy z nich jest na jakiś sposób przegrany. Niespełniony pływak, nauczycielka, naukowiec.  Złe zachowania, poglądy, sposoby na życie przekazywane są z pokolenia na pokolenie. Nikt z bohaterów nie wyraża choćby cienia nadziei, żeby to "błędne koło" jakoś przerwać.
Uważam, że potrzebne są takie książki jak "Teoria ruchów Vorbla". Pokręcony świat  opisany w powieści po prostu istnieje obok tego dobrego, "lepszego" świata. Potrzebna jest literatura , która nakierowuje czytelnika na drugie dno w życiu. Na problemy, nieszczęścia. Tomasz Białkowski pisze językiem spójnym, takim życiowym. To nie są bohaterowie, których można lubić. Jednakże warto sobie uświadomić, że istnieją. Zarówno w literaturze, jak i w życiu.
(Egzemplarz recenzencki, otrzymany dzięki uprzejmości Wydawnictwa JanKa)

JanKa

Tomasz Białkowski, Teoria ruchów Vorbla, JanKa, 2011, ss. 176

2011-05-29

Rodowa historia

Magdalena Starzycka: Słowo pirata 
Notka o autorce (z okładki) : Magdalena Starzycka- pochodzi z Łodzi. Tropi także ślady Łodzian w przeszłości. Pracowała jako nauczycielka, lektorka języka polskiego na Uniwersytecie Łódzkim oraz na Universidade de Lisboa w Portugalii.. Jest także tłumaczką, autorką opowiadań i reportaży. Napisała powieści "Manufaktura czasu", "Spijając filiżankami słońce".


"Słowo pirata"  określiłabym jako powieść-podróż. Przeplatające się losy dwóch rodów, retrospekcje w czasie, szybkie przeskoki z jednego kontynentu na inny. Najpierw jesteśmy na portugalskiej wyspie Corvo, w 1868 roku.. Przypadkowe spotkanie kupca z piratem naznaczy na zawsze życie każdego z nich. Następnie akcja przenosi się do Łodzi w 1939 roku. Dosyć skomplikowane relacje i powinowactwa kolejnych bohaterów  krystalizują się i wyjaśniają w czasie czytania powieści. Jednocześnie prowadzone są dwie historie. Raz jesteśmy w wieku XIX, następnie w XX i XXI. Te liczne przeskoki i zwroty akcji nie są zagmatwane, są prowadzone jasno. Łódź, Hamburg, Zurich. Europa- Portugalia i Ameryka Południowa- Brazylia.  Z jednej strony- przygoda, z drugiej- także śmierć. Powstawanie wielkiego przemysłu w Łodzi i gorączka złota w Brazylii. Wszystko to w jednej powieści. W "zgrabny" sposób razem wymieszane i podane:)
Powieść zadziwia mnogością faktów. Na 232 stronach poznajemy jednocześnie kilka krajów i miast. Wojna francusko-pruska, II wojna światowa, życie XIX wiecznego Hamburga, współczesna Łódź. Losy ludzkie splatają się i przenikają  w zadziwiający sposób. Czytając nie sposób pogubić się w kolejnych przodkach i nazwiskach. Finał jest trochę zaskakujący i zdradzę tylko tyle, że bardzo optymistyczny. Spotkanie kupca z piratem dobiegło końca.

(Egzemplarz recenzencki, otrzymany dzięki uprzejmości Wydawnictwa MG)
Wydawnictwo MG

Magdalena Starzycka, Słowo pirata, , Wydawnictwo MG, 2011,ss.232

2011-05-19

Sielski Pensjonat

Maria Ulatowska:Pensjonat Sosnówka

Notka o autorce (z okładki) : Maria Ulatowska. Czyta całe swoje życie. Pomyślała, że może także coś sama napisać- i tak powstało "Sosnowe dziedzictwo", pierwsza część opowieści o losach Anny Towiańskiej. "Pensjonat Sosnówka" stanowi jego kontynuację. Więcej o Marii Ulatowskiej można przeczytać Na kanapie:)

Nie czytałam "Sosnowego dziedzictwa". Jednakże po sięgnięciu po jego drugą część: "Pensjonat w Sosnówce" nie żałuję swojej decyzji:)
Powieść przedstawia dalsze losy Anny Towiańskiej, spadkobierczyni dworku na Kujawach. Domyśliłam się, że dostała go w spadku. Nie znałam wcześniejszych losów bohaterki, pokrótce rysuje je drzewo genealogiczne rodziny Towiańskich oraz ich przyjaciela, Wacława Malczewskiego. Całe dzieje rodu na podstawie tego drzewa wydają mi się wielce skomplikowane, pozostaje mi więc po "Sosnowe dziedzictwo" sięgnąć, aby swoją wiedzę uzupełnić.
Anna Towiańska rozpoczyna remont dworku z zamysłem przeznaczenia go na pensjonat. Autorka w niezwykle sugestywny sposób kreśli główne postacie: malarza Dyzia, gospodynię Irenkę, małego Florka, psa Szyszki... Odpoczęłam przy lekturze. Las, pensjonat, przyroda, jezioro... I ci nadzwyczajni ludzie, prawie bez wad, zebrani w jednym miejscu, w Sosnówce i pobliskich Towianach. Postacie wyimaginowane prze autorkę, jednakże, muszę przyznać, przez moment uwierzyłam, że gdzieś istnieje naprawdę taki cudowny pensjonat. Perypetie osobiste i uczuciowe, związki między bohaterami, niechlubne zdarzenia z przeszłości- wszystko napisane niezwykle lekko. Z dużą dawką humoru. Z każdą stroną rośnie ciekawość: co dalej? W dodatku jeden wątek nie jest zakończony, pozostaje więc nadzieja, że powstanie część trzecia opowieści. Właścicielka pensjonatu, Anna Towiańska nie poradziła by sobie bez pomocy wspaniałych przyjaciół. Nie jest jednak tak, że każdy z nich jest krystalicznie czysty. Jednakże zadziwia umiejętność przedstawienia postaci bez patetyzmu: po prostu jako zwykłych ludzi.. Zachętą do przeczytania książki mogą być słowa głównej bohaterki: "Okazuje się, że można być szczęśliwym, gdy tylko pomoże się trochę losowi. Albo...kiedy los nam pomoże!".
Maria Ulatowska przywraca wiarę w ludzi, w dobro i uczciwość. Jeśli gdzieś istnieje na mapie świata taki właśnie leśny pensjonat, z takimi cudownymi mieszkańcami oraz personelem, to jadę tam natychmiast!

(Egzemplarz recenzencki, otrzymany dzięki uprzejmości Wydawnictwa Prószyński i S-ka)


Maria Ulatowska, Pensjonat Sosnówka, Prószyński i S-ka, 2011, ss.360

2011-05-15

Kiedyś, gdzieś widziałam już taki sad....

Wiesław Myśliwski: Nagi sad

Notka o autorze : Wiesław Myśliwski (rocznik 1932, Dwikozy), dwukrotnie otrzymał Nagrodę Nike (1997, 2007). Posiada tytuł doktora honoris causa Uniwersytetu Opolskiego. Napisał m.in. "Nagi sad", "Kamień na kamieniu", "Widnokrąg", "Traktat o łuskaniu fasoli". Obecnie mieszka w Warszawie.

Zastanawiałam się, czy podjąć się recenzji tej książki. O Myśliwskim słyszałam już wiele lat temu, w czasach szkoły średniej, ale oprócz tego, że jest to "pisarz chłopski, ludowy", nic więcej nam nie przekazano. Jeden tylko tytuł utkwił mi w pamięci "Kamień na kamieniu". Ale nie zwróciłam nigdy uwagi na "Nagi sad".
"Nagi sad" to debiut Wiesława Myśliwskiego, napisany w 1967 r. Na motywach powieści w 1972 r. nakręcono film "Przez dziewięć mostów", do którego scenariusz napisał sam Myśliwski. Podejrzewam, że gdybym nie natrafiła na Klub Czytelniczy na blogu Czytanki Anki, jeszcze długo bym po tę książkę nie sięgnęła.
 Nie wiem czemu, ale obawiałam się Myśliwskiego. Myślałam: czy ta literatura nie okaże się za ciężka, za skomplikowana, za trudna, za "mądra" po prostu. Obawy okazały się bezpodstawne.
"Nagi sad" poraża doskonałością języka, prostotą słowa. Nie ma tu niepotrzebnych określeń, zdania i słowa wynikają z siebie nawzajem. Mogę śmiało powiedzieć: cóż za literatura!
Opowieść o miłości ojca i syna, życiu na wsi, a także czytaniu i książkach. Opowieść porażająca mądrością. Trudno przytoczyć cytaty, gdyż odnoszę wrażenie, że "Nagi sad" to jeden wielki cytat. Czytając powieść ma się odczucie obcowania z wielka literaturą. Jakże inną od współczesnych powieści!. Nie wiem, czy większe znaczenie ma tutaj styl pisania Myśliwskiego, czy też głębokie, życiowe prawdy zawarte właściwie w prawie każdym zdaniu. I nie ma w moich słowach cienia przesady. Zachwyca mnie Myśliwski, sięgnę po kolejne jego dzieła.
Kiedyś, gdzieś widziałam już taki sad.... opisywany przez pisarza. Nie pamiętam, gdzie to było i kiedy, ale widziałam go. Jestem tego pewna.

Wiesław Myśliwski, Nagi sad, Wydawnictwo Znak, 2011, ss. 189

2011-05-08

Z dni smutku

"Bluszcz" nr 42 (4 października 1878 r.)
(przedruk: "Bluszcz" 1/2008)

"Z dni smutku"(fragment)
O, dajcie usta wszystkim krzywdom ziemi
I wszystkim nędzom, i tęsknotom ducha-
I niech się niebo drzwiami błękitnemi
Otworzy- i Bóg niech słucha!...
(...)
Dech tracąc, ludzkość, jak nurek zapada
W otchłań, gdzie perła lśni blada,
I tysiąc śmierci widzi w tej głębinie...
Ah, czy ze skarbem wypłynie?...
Ludzkość się zrywa jak ptak sponad ziemi
Skrzydłami skrępowanemi...
Przed nią dzień jasny i słońc nowych zorze...
Lecz czy doleci, o Boże?
Konopnicka Maria                                  (...)
                                   Marya Konopnicka

Przejrzałam kilka książek w nadziei odnalezienia jakichkolwiek informacji o tym wierszu. Nie natrafiłam na żadną o nim wzmiankę. Napisany w 1878 r., w czasie przeprowadzki ( 1876 r.) Marii Konopnickiej (1842-1910) do Warszawy. Poetka walczyła wówczas z ciężkimi warunkami materialnymi, często była blisko nędzy. Publikowała wówczas na łamach  pism, jak "Bluszcz" właśnie, także "Kłosy" "Tygodnik Ilustrowany". Nie od razu płacono jej za pracę.
"Z dni smutku" jest prawdopodobnie jednym z takich wierszy, napisanych "dla chleba". Zaintrygowało mnie to, że poetka, znana z lektur szkolnych oraz kojarząca się z krasnoludkami i Sierotką Marysią była także drukowana w poczytnych wówczas czasopismach. Zanim zyskała uznanie i literacką sławę. Wiele faktów z jej życia jest juz znanych, być może odkryje ktoś kiedyś historię powstania tego "smutnego" wiersza.

Aleksandria jak ze snu

Piotr Ibrahim Kalwas: Dom
Kalwas Piotr Ibrahim
Notka o autorze : Piotr Ibrahim Kalwas (rocznik 1963), wydał do tej pory cztery książki: "Salam", "Czas", "Drzwi" i "Rasa mystica". Urodzony w Warszawie. Do 1989 r. mieszkał w Polsce. Zanim zaczął pisać,  m.in. śpiewał w zespole punkowym, studiował prawo, był współscenarzystą kilkudziesięciu odcinków serialu "Świat według Kiepskich". W 2000 r. przyjął islam i wyemigrował do Egiptu. Mieszka obecnie w Aleksandrii.

 Wyrazisty obraz Aleksandrii. Tak zacznę recenzję książki trudnej do opowiedzenia, o skomplikowanej do przekazania treści. Zaciera się w niej granica między snem a jawą. Nie wiem, które fragmenty są prawdziwe, a które stanowią tylko prześniony, przetworzony obraz miejsca, w którym autor żyje. Opisuje Aleksandrię, często na zasadzie wspomnień o Polsce. Polsce różnego okresu, w której mieszkał, która go denerwowała, której mentalność była dla niego nie do przyjęcia. Z jednej strony Egipt, jego magia, ludzie, miejsca nie zawsze piękne, ale zawsze tajemnicze. Z drugiej- Polska: płyty, filmy, książki.
"Nie, to nie Mokotów, nie ma tu mojej babci i jej sióstr. Są za to kobiety o grubych, naznaczonych żylakach i okrytych czarnymi pocerowanymi pończochami nogach. Spod czarnych chustek wystaja siwe włosy, plastikowe spinki i rolki papilotów. (...) To aleksandryjskie Greczynki".
Odnoszę wrażenie, że Kalwas idealizuje trochę Aleksandrię. "Ludzie mojego miasta niezmiernie rzadko i tylko w bardzo poważnych sprawach zwracają się o pomoc do policji. W rozstrzyganiu codziennych problemów rządzą tutaj prawa społeczności, niezmienne i przestrzegane od wieków..(...). To społeczeństwo niesłychanie skonsolidowane wokół starych wartości, zwarte i pilnujące siebie nawzajem. Społeczeństwo na pierwszy rzut oka chaotyczne, bałaganiarskie i niezdyscyplinowane , ale tak naprawdę zadziwiająco dobrze zorganizowane w swoich oddolnych strukturach.  Przejdzie tu każde novum techniczne z Zachodu, ale nie jego moralność, jakakolwiek by ona była".
"Dom" jest skonstruowany na zasadzie wędrówki po mieście. Spotkania z ludźmi: czasem dziwakami, sprzedawcami, sąsiadami, nieznajomymi. Filozoficzne odniesienia do poglądów Edmonda Jabesa. Jednakże Ojczyzna, czyli Polska przewija się ciągle w egipskich rozważaniach Kalwasa. Choćby w zbiorze jego książek, liczącym ponad dwa tysiące tytułów.
"Dzielę księgozbiór na działy: cztery półki religii, sześć półek filozofii, jedna półka Singera, jedna Gombrowicza, półka i ćwierć z Kapuścińskim(...), Trzy połki na stare roczniki "Perspektyw", "Panoramy Śląskiej", "Trybuny Ludu", "Przekrojów"(...)." 
To tylko znikoma część biblioteki.
Aleksandria staje się jego miastem. Jednakże czy także domem? Powiedziałabym, że dla Kalwasa "dom" jest pojęciem nieokreślonym, bez definicji i odniesienia do konkretnego miejsca.
"Jeśli nie wiesz, skąd pochodzisz, to jesteś szczęśliwym człowiekiem, bo pochodzisz ze Świata, Ibrahimie"- mówi jedna z jego znajomych.
Zdanie to doskonale pokazuje nastrój autora. Teraz jego miejscem pobytu jest Egipt, lecz czy tak będzie już zawsze? Być może dowiemy się o tym z jego następnych powieści.

(Egzemplarz recenzencki, otrzymany dzięki uprzejmości Wydawnictwa JanKa)

JanKa

Piotr Ibrahim Kalwas, Dom, JanKa, 2010, ss. 186


2011-05-03

Bywa i tak...

Hanna Kowalewska: Maska arkelina.
H. Kowalewska

Niedoczytałam. Przerwałam powieść nawet wcześniej niż w połowie. Po prostu przestały mnie już interesować dalsze losy Matyldy Malinowskiej-Justy oraz jej jednorocznego męża Filipa Justa.  Jednorocznego, ponieważ Filip, zwany Świrem, "wyszedł przez okno na czwartym piętrze akademika". Nawet garbaty anioł na jego grobie nie zaciekawił mnie na tyle, by dociekać, kto go tam postawił.
"Maska arlekina" stanowi kontynuację cyklu o Zawrociu ("Tego lata w Zawrociu", "Góra śpiących węży). Cykl czytałam wiele lat temu, wtedy bardzo mnie pasjonował. A może Hanna Kowalewska już nie jest "moją" pisarką? Spróbuję jeszcze sięgnć po "Julitę i huśtawki". Inna tematyka oraz czasy PRL-u,  epoki trochę mi bliskiej w zachowanych wspomnieniach.

Kowalewska Hanna, Maska arlekina, Zysk i S-ka, 2006, ss. 317


2011-04-17

Poduszka w różowe słonie

Joanna M. Chmielewska: Poduszka w różowe słonie
Chmielewska Joanna M.

Notka o autorce (z okładki): Joanna M. Chmielewska, pracuje jako pedagog, wychowuje trójkę dzieci. Autorka opowiadań i utworów dla dzieci ("Kaczucha", "Brosza", "Historia srebrnego talizmanu", "Neska i srebrny talizman"), a także serii wierszy "Zaczarowane rymowanki". "Poduszka w różowe słonie" jest pierwszą powieścią autorki dla dorosłych.

Poduszka w różowe słonie jest niezbędna dla spokojnych snów. Potrzebna jest zamiast mamy. I miś Florian- najlepszy przyjaciel. Hanka, trzydziestoletnia singielka, wiedzie dorosłe życie bez niespodzianek i nieprzewidywalnych sytuacji. Świetna praca, własne mieszkanie. Sytuacja zmienia się, kiedy staje się niespodziewanie opiekunką pięcioletniej Ani.
Nie potrafi emocjonalnie zająć się dzieckiem. Zapewnia mu materialne podstawy do życia, nie jest jednak w stanie zaspokoić jego psychicznych potrzeb. Przeżycia Hanki z dzieciństwa kładą się cieniem na jest teraźniejszości. Nie potrafi znieść dotyku, nosi w sobie ból, nie dający się przełożyć na słowa. Pojawienie się mężczyzny w jej życiu, przyjaciela dodatkowo komplikuje sytuację.
Wartko napisana książka, pełna mądrych, psychologicznych retrospekcji do dzieciństwa Hanki. Podaje wyjaśnienia, nie szuka oceny głównej bohaterki. Daje nadzieję, że jest szansa na wyzdrowienie, na wyjście z każdej życiowej sytuacji.
Po przeczytaniu krótkiej recenzji z tylnej okładki zastanawiałam się, czy powieść nie będzie zbyt ckliwa, melancholijna i łzawa. Czy wyciśnie łzy z oczu?:). Niekoniecznie. Joanna M. Chmielewska sprawnie konstruuje akcję, nie ma tutaj niepotrzebnych dłużyzn i przeciągnięć. Książka w sam raz na spokojne, niedzielne popołudnie. Do zastanowienia się nad relacjami matka-córka, do przemyślenia trudnych, ale dających się rozwiązać poruszających problemów w relacjach z dzieckiem. Świat dorosły i dziecięcy zobrazowany jest równolegle, Hanka i Ania borykają się z własnymi przeżyciami i problemami same, aby w końcu przyzwyczaić się do siebie.
"Różowe słonie odganiają złe sny". Warto w to uwierzyć.

(Egzemplarz recenzencki, otrzymany dzięki uprzejmości Wydawnictwa MG)

Wydawnictwo MG

Joanna M. Chmielewska, Poduszka w różowe słonie, Wydawnictwo MG, 2011, ss. 277


2011-04-13

Wsi spokojna...?

Maciej Grabski: Ksiądz Rafał. Niespokojne czasy
Grabski M. Ksiądz Rafał

Notka o autorze (z okładki): Maciej Grabski (ur. 1968 r.), krakowianin, meloman, fotograf, milośnik kotów, dobrych win i dobrej kuchni. W swoim dotychczasowym pisarstwie ograniczał się wyłącznie do artykułów fachowych. Zmieniło się to dopiero w 2009 roku, gdy po licznych namowach napisał "Księdza Rafała".

"Ksiądz Rafał. Niespokojne czasy" był dla mnie zaskoczeniem. Po przeczytaniu streszczenia na tylnej okładce spodziewałam się religijnych uniesień bohaterów, a zwłaszcza bohatera tytułowego oraz wielu politycznych aluzji. Rozczarowałam się w bardzo przyjemny sposób. Powieść pochłonęłam  w ciągu kilku wieczorów, jednym tchem.
Nie czytałam pierwszej części losów księdza Rafała Nowiny. Jednakże część druga jest na tyle odrębna, że oba "tomy" można czytać osobno. Gródek, spokojna wieś, o nieokreślonym położeniu, jawi się jako enklawa wiejskości, życia na obrzeżu kraju, na prowincji.
Powieść rozpoczyna się w momencie wyboru Karola Wojtyły na papieża. Po śmierci biskupa Jakuba ksiądz Rafał Nowina otrzymuje pokaźną sumę pieniędzy. W nieoczekiwany dla dostojników kościelnych sposób rozdziela pieniądze. Nie wzbudza to aprobaty kurii, kościelne gierki doprowadzają prawie do usunięcia proboszcza z Gródka. A proboszcz jest niecodzienny, rozmawia ze zwierzętami, jeździ na motorze, znajduje doskonały język z Radą Parafialną. Jest powszechnie szanowany. Dogaduje się nawet z tajemniczą uzdrowicielką.
Znajdujemy w książce początki Solidarności oraz pierwszą pielgrzymkę papieża Jana Pawła II do Polski. Wątki owe są tylko zasygnalizowane, nie wysuwają się na plan pierwszy. Głównym tematem są ludzie: rozmowy w barze, wzajemne sympatie i antypatie, zebrania w Kościele. Wartki język, świetnie poprowadzone dialogi. Po przeczytaniu można zweryfikować swoje poglądy na pracę księży, "układy" panujące w Kościele. Duchowieństwo jest tutaj bardzo ludzkie, ze swoimi słabościami i wadami. I to stanowi o głównej sile powieści.
Ciepła opowieść. Aż prosi się o ciąg dalszy...

(Egzemplarz recenzencki, otrzymany dzięki uprzejmości Wydawnictwa Znak)

Znak


Maciej Grabski, Ksiądz Rafał. Niespokojne czasy, Wydawnictwo Znak, 2011, ss. 364